Budżet partycypacyjny to nie plebiscyt

Wycofanie się z decyzji podjętej przez mieszkańców w ramach budżetu partycypacyjnego byłoby politycznym samobójstwem. Gdyby nie dotrzymano obietnicy, rozpętałoby się piekło – mówi Ewa Stokłuska, współprzewodniczącą warszawskiej Rady ds. budżetu partycypacyjnego w rozmowie z warszawa.ngo.pl

Radosław Wałkuski: – Co mamy w Warszawie: budżet „partycypacyjny” czy „obywatelski”? Której nazwy lepiej używać?

Ewa Stokłuska: – Przymiotnik „obywatelski” sugeruje, że dotyczy tyko tych mieszkańców, którzy są obywatelami. Gdy mówimy o budżecie „partycypacyjnym” chodzi o wszystkich, którzy po prostu chcą się włączyć w ten proces i brać udział we wspólnym myśleniu o mieście, w tym na przykład cudzoziemców, którzy mieszkają w Warszawie, pracują tu, a nie mają formalnie obywatelstwa. To jest szersze pojęcie. W przypadku Warszawy właściwsze wydaje się mówienie o budżecie partycypacyjnym.

Trudna nazwa: par-ty-cy-pac-ja. Obawiam się, że dla części mieszkańców może być w ogóle niezrozumiała.

E.S.: – Rzeczywiście, nazwa „budżet obywatelski” może być dla wielu osób bardziej przystępna niż „budżet partycypacyjny”, ale ja preferuję tę drugą. Budżet partycypacyjny ma dobrze określoną metodologię i rodowód. Wiadomo, jakie warunki trzeba spełnić, aby można było użyć tego pojęcia. Między innymi proces musi zawierać w sobie element deliberacji, czyli wspólnej debaty, a jego wyniki muszą być wiążące. Trudniej jest pod tą nazwą przemycić różne pomysły polityków, które niewiele mają wspólnego z prawdziwą partycypacją. Nazwa „budżet obywatelki” nie jest aż tak dookreślona. Może się pod nią kryć praktycznie wszystko.

Co na przykład?

E.S.: – Jakiś czas temu burmistrz Grójca ogłosił swój pomysł na budżet obywatelski. Miałby on polegać na tym, że mieszkańcy przez Facebooka i kupony w gazecie będą zgłaszać swoje pomysły, a władza potem wybierze, na podstawie „głosowania” przez mejle i Facebooka, które jej się podobają i zgłosi je do budżetu… Oczywiście nie o taką partycypację nam chodzi.

No dobrze. Mamy więc budżet partycypacyjny: mieszkańcy sami decydują, na co zostaną przeznaczone pieniądze. Ale niektórzy przewidują, że część zwycięskich projektów to będą inicjatywy mało potrzebne albo wręcz szkodliwe dla społeczności. Czy podziela pani takie obawy?

E.S.: – Na pewno takie pomysły będą się pojawiać, ale dotychczasowe przykłady z innych polskich miast wskazują, że to nie jest masowy problem. Te projekty będą na różnych etapach odpadały – z różnych przyczyn. Przede wszystkim propozycje muszą być zgodne z prawem, muszą też wpisywać się w ramy dokumentów strategicznych, takich jak na przykład miejscowe plany zagospodarowania czy polityka transportowa miasta.

Pod głosowanie zostanie poddanych maksymalnie 50 pomysłów wybranych przez wnioskodawców na spotkaniach preselekcyjnych. Po pierwsze, wymusi to debatę na ich temat. Po drugie, mieszkańcy będą mieli ostatecznie ograniczoną liczbę możliwości do wyboru. Jest większa szansa, że się z nimi lepiej zapoznają, a ich decyzje będą lepiej przemyślane. Po preselekcji będą też organizowane debaty na temat projektów.

Cieszę się, że przewidziano etap preselekcji i dyskusji nad projektami. Niemniej mam wrażenie, że element deliberacji jest jednak dość skromny. W sumie mamy tylko dyskusję podczas preselekcji – która może nawet się nie odbyć, jeśli wpłynie mniej niż 50 projektów – oraz jedną debatę przed głosowaniem.

E.S.: – Rzeczywiście, ze względu na małą ilość czasu i ograniczone środki finansowe tak to właśnie wygląda. Proszę jednak pamiętać, że na tle innych samorządów i tak nie jest źle. W wielu budżetach partycypacyjnych, które odbywały się w Polsce, element debaty był jeszcze słabszy. W wielu różnych miastach, nawet w takich metropoliach jak Poznań, w całym procesie w ogóle nie przewidziano dyskusji nad projektami.

Czyli to były zwykłe plebiscyty?

E.S.: – Niestety, tak to trzeba nazwać. Część samorządów w ogóle nie zdaje sobie sprawy z potrzeby dyskusji. W Warszawie taką konieczność uświadomiły władzom już jakiś czas temu środowiska pozarządowe.

Wiadomo, jedno spotkanie to nie jest wystarczająca liczba, ale nie ma co załamywać rąk. Mam nadzieję, że urzędy dzielnic będą same wychodziły poza to minimum i organizowały dodatkowe debaty. Wiem, że część z nich ma takie plany. Z podobną sytuacją mieliśmy zresztą do czynienia w przypadku spotkań informacyjnych. Ratusz opłacał po jednym spotkaniu, ale dzielnice same robiły kolejne, już na własną rękę.

Może mieszkańcy sami dojdą do wniosku, że warto się spotkać i porozmawiać, na co wydać pieniądze?

E.S.: – Myślę, że tak właśnie będzie. Jest trochę środowisk społecznych – organizacji, grup mieszkańców, które już teraz spotykają się, by rozmawiać na temat tego, jakie są potrzeby. To już się dzieje. Im dalej będziemy w procesie, tym większa będzie potrzeba wnioskodawców, by promować projekty i przedstawiać argumenty na ich rzecz.

Władze Warszawy zapewniają, że decyzje podjęte przez mieszkańców będą wiążące. Ale budżet partycypacyjny działa w oparciu o przepisy dotyczace konsultacji społecznych. To oznacza, że władza w ostatniej chwili może wycofać się z realizacji jakiegoś trudnego projektu i nie złamie prawa. Czy nie obawia się pani takiego scenariusza?

E.S.: – Jestem o to spokojna, bo wycofanie się z decyzji podjętej przez mieszkańców byłoby politycznym samobójstwem. Budżet partycypacyjny już się rozpoczął i jest zauważalny przez mieszkańców. Gdyby nie dotrzymano obietnicy i wycofano się ze zwycięskich projektów – rozpętałoby się piekło.

Zresztą  na chwilę obecną nie ma innej możliwości. Jedynym realnym mechanizmem prawnym, na którym można osadzić budżet partycypacyjny są właśnie przepisy dotyczące konsultacji społecznych. W zależności od tego, jakie są regulacje prawa miejscowego, te przepisy mogą być zacieśnione w poszczególnych samorządach. W stolicy obowiązuje uchwała o konsultacjach społecznych, która definiuje mieszkańca w bardzo otwarty sposób: mieszkańcem jest ten, kto mieszka w mieście. Nie ma znaczenia, gdzie płaci podatki, ani gdzie jest zameldowany. Zatem w budżecie może wziąć udział każdy – nie można wprowadzić na przykład limitu wieku. Niesie to ze sobą pewne zagrożenia, ale ma też dobre strony: wszystko opiera się na zaufaniu, a nie na kontroli. Jest to rodzaj ćwiczenia z odpowiedzialności i zaufania między obywatelami.

Kiedy będzie można powiedzieć, że budżet partycypacyjny w Warszawie odniósł sukces?

E.S.: – Przestrzegam przed ocenianiem go jedynie przez pryzmat liczby zgłoszonych wniosków czy liczby osób, które będą głosować. Ważne jest nie tylko, czy ludzie składają projekty, ale też czy nad nimi dyskutują. Warto patrzeć, ile będzie lokalnych spotkań i inicjatyw wokół budżetu partycypacyjnego. Być może zawiążą się jakieś lokalne partnerstwa? Może się okazać, że wniosków wcale nie będzie dużo, ale część zgłoszeń będzie przygotowana wspólnie przez różne środowiska i będą dobrze przemyślane. Choć nie są to rzeczy, które łatwo zmierzyć i – na razie – nie ma dobrych wskaźników którymi moglibyśmy się posługiwać

Ważne jest też, na ile w cały proces włączą się urzędy dzielnic i czy w wyniku budżetu partycypacyjnego ludzie zaczną bardziej interesować się pokrewnymi mechanizmami, takimi jak  inicjatywa lokalna czy inicjatywa uchwałodawcza.

Na pewno o sukcesie będzie można mówić, jeśli budżet partycypacyjny będzie powtarzany co rok przez kolejne lata i przez cały ten czas będzie się rozmawiać też o kształcie i efektach tego procesu – jak go zmieniać, co z niego wynika.

W jakim kierunku powinien ewoluować warszawski budżet partycypacyjny?

E.S.: – Warto, aby w kolejnych edycjach miasto zaplanowało spotkania na wczesnym etapie procesu. Aby zacząć od dyskusji na temat potrzeb, jakie mają mieszkańcy, priorytetów i kierunków rozwoju, a dopiero potem mówić o konkretnych pomysłach. Trzeba też położyć większy nacisk na lokalne animowanie całego procesu.

Co zrobić, aby priorytety, które wypłyną w takich debatach miały potem odzwierciedlenie w zgłaszanych projektach?

E.S.: – Warianty są różne. Jeżeli w ramach debaty określimy na przykład, że naszym priorytetem jest inwestycja w młodzież szkolną, a nie infrastrukturę drogową, to następnym krokiem może być wybór projektów z już zawężonego przez nas tematu – czyli np. zajęcia sportowe albo kluby młodzieży. Ale to jedna z wielu możliwości.

Innym pomysłem jest organizowanie konkursów dla organizacji pozarządowych w oparciu o potrzeby mieszkańców określone partycypacyjnie. Wtedy wiemy, że zadania zlecone organizacjom rzeczywiście są odpowiedzią na jakieś zapotrzebowanie.

Miasto ma w najbliższym czasie pracować nad strategiami dla dzielnic. Te strategie mogą być przygotowane z udziałem mieszkańców. Warto się zastanowić jak to powiązać z budżetem partycypacyjnym.

Jeszcze innym pomysłem jest uwzględnienie elementu redystrybucyjnego w budżecie. Można większe środki przeznaczyć na zaniedbane obszary, które w większym stopniu potrzebują doinwestowania niż inne.

To ciekawa propozycja, ale obawiam się, że nie wszystkim może się spodobać. Czy mieszkańcy będą chcieli rezygnować z pieniędzy, które mogłyby być zainwestowane na „ich podwórku” w imię takiej solidarności?

E.S.: – Rzeczywiście, nie jest to oczywisty kierunek i nie ma gwarancji, że spotka się z akceptacją ze strony mieszkańców. Mnie osobiście jest on bliski. Nawiązuje on również do tego, co miało miejsce w brazylijskich miastach, które były pionierami demokracji uczestniczącej. Tam partycypacja była odpowiedzią na bardzo dużą nierównomierność dystrybucji środków i tego, że decyzje polityczne w większej mierze odpowiadały potrzebom biznesu niż potrzebom mieszkańców.

Warto zauważyć, że już w tym roku na Mokotowie zespół ds. budżetu partycypacyjnego dzieląc pieniądze na obszary przeznaczył relatywnie więcej środków na obszar Siekierek, w którym jest sporo zaniedbanych miejsc.

Czym nie powinien być budżet partycypacyjny?

E.S.: – Mam nadzieję, że jego rola nie będzie się sprowadzać do bycia kanałem, dzięki któremu można będzie realizować projekty, które równie dobrze mogłyby być zgłoszone przez radnego. Żeby to nie był kosz na sprawy, których nie udało się „przepchnąć” innymi drogami.

Nie chciałabym również, żeby to przedsięwzięcie zostało zawłaszczone przez polityków. Jak dotąd, na szczęście, większość szumu wokół budżetu partycypacyjnego robią mieszkańcy i organizacje społeczne. Mam nadzieję, że tak zostanie.

 

Ewa Stokłuska jest socjolożką, członkinią zespołu Laboratorium Partycypacji Obywatelskiej w Pracowni Badań i Innowacji Społecznych „Stocznia”; współprzewodniczącą warszawskiej Rady ds. budżetu partycypacyjnego.

Autor: Radosław Wałkuski
Artykuł pochodzi z portalu organizacji pozarządowych www.ngo.pl
źródło

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>